Olga Gitkiewicz: Co nam po doświetleniach przejść, jak pieszych zasłaniają samochody?

Rozmawiał: Andrzej Padniewski

Olga Gitkiewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego, która z Gaju na Wydział Nauk Społecznych ma do pokonania blisko 10 km w jedną stronę, rozważała chodzenie na zajęcia piechotą. Laureatka Grand Press za reportaż Nie zdążę – książkę o wykluczeniu transportowym, którego nie likwidują kolejne setki kilometrów autostrad. O tym, czy we Wrocławiu chodzi się lepiej, niż przed laty, o tym, jak rozrasta się Wrocław i jak nie idą za tym kolejne inwestycje, i o tym, jak nie planuje się Wrocławia opowiada w rozmowie.

Czy ma pani prawo jazdy?

Tak.

I jak się pani jeździ?

No tak, że nie muszę kawy pić.

A z czego wynika ten brak potrzeby wypicia kawy?

Trudno to ująć cenzuralnymi słowami, ale spróbujmy. Mieszkam na co dzień w Żyrardowie, tuż przy Autostradzie Wolności – ale ja często myślę o niej jako o Autostradzie Wściekłości. Odcinek między Łodzią a Warszawą jest moim zdaniem jednym z najgorszych w Polsce. Zdarza mi się do Wrocławia jeździć samochodem, i już na trasie S8 jeździ się “w miarę”, natomiast A2… Kierowcy ciągle jeżdżą na zderzaku, mrugają długimi światłami. Mam wrażenie, że bez względu na to, z jaką prędkością jadę autem, dla polskich kierowców każda jest zbyt niska. Nie ukrywam, że od kiedy wprowadzono zakaz jazdy na zderzaku, też bywam nieprzyjemna dla kierowców i pulsacyjnie hamuję.

Ja jeszcze taki odważny nie jestem…

Ostatnio nawet miałam taką sytuację, że ktoś bardzo próbował mnie zepchnąć na prawy pas, na którym absolutnie nie było miejsca. Gdy w końcu zjechałam, za jakiś czas okazało się, że kierowca, który mnie wyprzedzał, był kilka aut przede mną, więc jechaliśmy dość blisko siebie. Nie ukrywam, że celowo i w sposób, by to zauważył, zaczęłam go nagrywać telefonem. Okazało się, że nagle potrafił jechać zgodnie z przepisami, nawet z dozwoloną prędkością.

Polub Pieszy Wrocław na Facebooku

A jak się pani jeździ po Wrocławiu?

(dłuższa cisza) Nie wiem, co powoduje ludźmi, którzy poruszają się po mieście samochodem. W listopadzie wyjeżdżałam z Gaju na obwodnicę. Uznałam, że 10:30 będzie tą porą, w której nie trafię na korki. Życie to zweryfikowało i od wtedy uważam, że we Wrocławiu nie ma godzin, w których w tym mieście nie ma korków. Jeżdżenie autem to jakiś rodzaj masochizmu. Właściwie to nie wiem, jaka grupa użytkowników może być usatysfakcjonowana przemieszczaniem się po Wrocławiu. Może rowerzyści? Rowerem jeździ się dosyć przyjemnie w dosyć ludzkim tempie. Jazda autem czy chodzenie piechotą są bardzo irytujące.

To ciekawe, mam inne doświadczenia, bo drogi dla rowerów potrafią się urwać bez powodu i nie ma możliwości kontynuowania dalszej jazdy.

Takie sytuacje są fatalne, oczywiście, i nadal zbyt częste. Ale kiedy się to zbilansuje… Jeżdżę z Gaju na Koszarową. Transport zbiorowy na tej trasie to udręka i oznacza co najmniej dwie przesiadki. No, czasem jedną, bo jak się bardzo chce, to z Kromera można dojść na piechotę, ja na ogół chodzę, choć ostatnio bardzo zdziwiłam tym znajomych z wydziału. Tylko ten węzeł przesiadkowy z perspektywy pieszego…

Chyba się Pani rozpędziła ze słowem węzeł…

Mam na myśli fakt, że przecina się tam sporo różnego rodzaju linii. Natomiast piesi, którzy próbują się przesiąść z jednej do drugiej linii mają potwornie utrudnione zadanie. Dla przykładu: przy ul. Toruńskiej zatrzymują się tramwaje – gdy stoi się tam na światłach, czeka się bardzo długo, nim przejadą wszyscy, a później jeszcze można zmoknąć na samym przystanku tramwajowym, bo tramwaj, i to niejeden, odjechał, gdy się stało na czerwonym.

 

Tak czy siak: z Gaju na Koszarową szłabym 1,5 godziny. To nie jest dla mnie jakiś niemożliwy do pokonania dystans, ale rowerem wychodzi mi 30-40 minut. Co prawda na Pułaskiego i Wyszyńskiego można udusić się od spalin, ale jednak na końcu dostaje się dużą dawkę endorfin i jedzie się w przyjemnym tempie. To miłe i znów nie potrzebuję kawy – ale to uczucie jest przeciwne do tego, co przeżywam podczas jazdy autem.

Powiedziała Pani, że chodzenie po Wrocławiu bywa irytujące. Z czego wynika ta irytacja?

Piesi moim zdaniem nie mają żadnego priorytetu. Nigdzie. Przejścia dla pieszych i skrzyżowania są projektowane w taki sposób, jakby projektanci brali pod uwagę potrzeby wyłącznie kierowców. Pieszy sobie poczeka, zanim przejadą wszyscy inni. Albo nie zdąży przejść na tym zielonym, które trwa dwie sekundy. Wiele mówi się np. o doświetleniach przejść dla pieszych, ale co dadzą doświetlenia, gdy przy przejściu dla pieszych kończy się parking? Takie sytuacje mamy m.in. na Kamiennej czy Ślicznej. Co z tego, że ktoś doświetli to przejście, skoro kierowca nie ma szans zobaczyć pieszego zasłoniętego przez zaparkowane samochody?

Samochody parkują nie tylko na parkingach, ale też na chodnikach…

A gdzie ci biedni ludzie powinni parkować? Oczywiście żartobliwie parafrazuję zdanie wielu kierowców. Strefa płatnego parkowania powinna zostać zdecydowanie powiększona. Często dość blisko centrum nie musimy płacić za parkowanie, dlatego chodniki są tam zamienione w patoparkingi.

Ale jak już jesteśmy w strefie płatnego parkowania, to po co płacić, skoro możemy zaparkować nielegalnie?

Na zakrętach, na trawnikach, widziałam nawet samochód zaparkowany na przystanku… Często robię zdjęcia nielegalnie zaparkowanych samochodów.

Wysyła je pani do straży miejskiej?

Wysyłam, ale też wrzucam na media społecznościowe. Czasem zdarza mi się porozmawiać z kierowcą i pytam go, dlaczego zaparkował w takim, a nie innym miejscu. Reakcją są bardzo często inwektywy z ich strony.

A miała pani kontakt ze strażnikami miejskimi po zgłoszeniu nielegalnie zaparkowanych samochodów?

W Warszawie tak. We Wrocławiu jeszcze nie. Ostatnio ze strażnikami we Wrocławiu miałam kontakt na ul. Księcia Witolda, gdy podeszłam do nich i pokazałam rząd nielegalnie zaparkowanych samochodów. Jedyne, co usłyszałam, to: Tak, widzimy. Mam wrażenie, że większość ludzi daje takie przyzwolenie na łamanie prawa przez kierowców – parkowanie gdzie popadnie czy przekraczanie prędkości.

„Wrocław nie kończy się na Facebooku – jest też miastem poza mediami społecznościowymi. Mam nadzieję, że prezydent, sobie o tym przypomni – bo nie wierzę, że o tym nie wie, tylko o tym zapomina.”

Czy po Wrocławiu chodzi się łatwiej, niż po innych polskich miastach?

Bardzo dużo chodzę na piechotę – od 5 do 20 km dziennie. Po Wrocławiu, w porównaniu do innych miast, chodzi się skrajnie nieprzyjemnie. Mam wrażenie, że nikt tutaj nie myśli jako o mieście dla zróżnicowanych grup po nim się przemieszczających. Moim zdaniem we Wrocławiu dobrze się czują ludzie w średnim wieku, dosyć zamożni, zdrowi, sprawni – taka aspirująca klasa średnia, mieszkająca raczej niedaleko od centrum. Bo dostać się do centrum z osiedli, które są już trochę dalej, jest prawdziwą udręką. Podam taki przykład dla tramwajów z Tarnogaju: mam wrażenie, że jeżdżą one trójkami, hurtem. Później jest 15-20 minut dziury w kursowaniu. Zawsze mnie to uderza, gdy przyjeżdżam do Wrocławia po dłuższej przerwie. No i cena biletów jest uderzająca, są naprawdę drogie przy tej jakości komunikacji.

Łatwiej jest chodzić po Żyrardowie, czy po Wrocławiu?

Żyrardów to bardzo kompaktowe miasto. Jest w nim bardzo dużo samochodów, ale przeszkód dla pieszych jest mniej. Jest jednak inaczej zbudowane – chodniki są bardzo szerokie, dużo jest jednokierunkowych ulic. Oczywiście, że są miejsca, do których trudno jest dotrzeć piechotą, ale generalnie przemieszczanie się jest dużo prostsze.

Żyrardów jest kapitalnie skomunikowany z Warszawą i Łodzią. Mimo to, jak pani powiedziała, nadal jest tam dużo aut. Czemu żyrardowianie nie zrezygnowali z samochodów? Jak argumentują nadal potrzebę posiadania aut?

Niedaleko jest autostrada – i mimo, że są tutaj bardzo dogodne połączenia kolejowe do Warszawy i Łodzi, wiele osób nadal wybiera samochód. Jak to argumentują? Nie po to mam samochód, by stał w garażu. Teraz używa się też argumentu COVID-owego. Często pojawia się argument o niechęci do przesiadki.

Wróćmy jednak do Wrocławia: odwiedziła pani Jarmark Bożonarodzeniowy?

Tak, byłam tam.

Jak się pani podobało?

(dłuższa cisza). Łatwo się tam potknąć. Teraz te kable są ukryte i zabezpieczone – bo jeszcze jakiś czas temu to tak nie wyglądało. Wtedy na Jarmarku można się było nie tylko potknąć, ale i porządnie uszkodzić. Nie rozumiem, jak można tak utrudnić poruszanie się po rynku i centrum miasta. Ludzie z wózkami, ludzie o kulach, osoby starsze…

Dużo pani spotkała takich osób na Jarmarku?

Osoby starsze tak. Ale osoby na wózkach… Mamy XXI wiek, ciągle się mówi o wyrównywaniu szans i projektowaniu miast dla wszystkich – a te nadal pozostają dostępne tylko dla niektórych. Jakby urzędnikom nie starczało wyobraźni.

Wróciła pani do Wrocławia po czasach studenckich. Po mieście chodzi się łatwiej, niż kiedyś?

Myślę, że jest gorzej. Przybyło samochodów – miasto powiększa się, rozlewa, ale wszystkie ważne sprawy nadal załatwiamy w centrum. Czy z tym rozwojem miasta przybyło linii autobusowych?

No nie…

A przecież Psie Pole czy Maślice bardzo się rozbudowały. Dla przykładu: byłam niedawno na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej na Maślicach – opowiadali, że w Królewiecką ze swojego osiedla włączają się do ruchu przez… 20 minut. Ja bym już poszła na pętlę Stadion. Sensownego autobusu, który zaspokoiłby potrzeby wszystkich nowych mieszkańców tam nie ma.

Czyli planowanie miasta wygląda tak, że…

Ja nie wiem, czy ktokolwiek planuje miasto. Jestem bardzo sceptyczna jeśli chodzi o działania urzędników i prezydenta Sutryka. Bardzo mnie smuci, bo skończyliśmy te same studia i miałam nadzieję, że wykaże się on dużą większą wyobraźnią społeczną. Tymczasem pozwala on się miastu bardzo, bardzo zabudowywać, a jednocześnie nie myśli o tym, jak mieszkańcy mają się po Wrocławiu poruszać. Taka np. Torywolucja: to nie jest żadne rozwiązanie. Odkąd pamiętam we Wrocławiu jakieś ulice czy skrzyżowania były rozkopane i remontuje się jakieś linie tramwajowe. Coś tam się zmieniło, bo mamy np. tramwaj na Gaj. Ale to są bardzo kosmetyczne zmiany przy tym, jak zmieniło się miasto i pejzaż osiedli, jak rozbudowano Wojnów czy Jagodno. Ostatnio jechałam autobusem z Placu Grunwaldzkiego na Wojnów. Specjalnie pojechałam ok. godz. 16, aby zobaczyć, jak się tam jeździ w godzinach szczytu. Do osiedla Olimpia Port jechało się super – około 12 minut. Do następnego przystanku stamtąd czas przejazdu kilkuset metrów wyniósł… 15 minut. Naprawdę plułam sobie w brodę, że nie wysiadałam i nie przeszłam tego dystansu na piechotę.

Wrocław wydaje się idealnym miastem do promowania ruchu pieszego i rowerowego, przez to, że jest płaskie i dystanse na wielu trasach nie są za duże.

Wrocław jest idealnym miastem, by promować różne formy mobilności: na piechotę, rowerem czy komunikacją zbiorową. Jak już ktoś musi jeździć samochodem, to niech jeździ, zawsze będą takie grupy osób, ale ruch samochodowy warto ograniczać, zachodnioeuropejskie miasta już to zrozumiały. Argumenty są związane z jakością życia, z czystością powietrza, z ograniczaniem hałasu. Gdyby pomyśleć sensownie o transporcie publicznym i rowerowym, ludzie mogliby podróżować inaczej. Z Leśnicy można przecież dojechać tramwajem.

W około godzinę. Tymczasem pociągiem nawet w 15 minut.

No tak, ale pociągami nie możemy już jeździć korzystając z biletów miejskich. Zupełnie tego nie rozumiem.

Mieszkańcy Ołtaszyna usłyszeli ostatnio od prezydenta Sutryka, że skoro stoją w gigantycznych korkach na ul. Zwycięskiej, to muszą się przyzwyczaić, bo tak to wygląda w blisko milionowym mieście…

Prezydent ma wiele różnych wypowiedzi – ale mam wrażenie, że dba o ich ilość, a nie o ich jakość. Klasa średnia, raczej zasobna, w wieku podobnym do prezydenta – wiem, że takie osoby mogą przyklasnąć takim wypowiedziom. Wrocław jednak nie składa się wyłącznie z tej klasy społecznej Wrażliwy prezydent dużego miasta powinien wiedzieć, że miasta są obszarem ogromnych nierówności. Widać to chociażby na osiedlach rewitalizowanych. Świetnie wyremontowane kamienice sąsiadują z takimi, gdzie toaleta jest na korytarzu lub na podwórku. Wrocław nie kończy się na Facebooku – jest też miastem poza mediami społecznościowymi. Mam nadzieję, że prezydent, sobie o tym przypomni – bo nie wierzę, że o tym nie wie, tylko o tym zapomina.

Bardzo słuszna diagnoza.

Jeszcze w 2019 prezydent Sutryk zapowiadał, że uporządkuje patoparkowanie w mieście, ja akurat wtedy pisałam „Nie zdążę”. Ponieważ znamy się ze studiów, napisałam do niego z pytaniem, czy nie zechciałby o tym ze mną porozmawiać, nie doczekałam się odpowiedzi, próbowałam potem kanałami oficjalnymi, również przez kancelarię. Ale nie udało się. Może urzędnicy niechętnie rozmawiają z dziennikarzami, ale naprawdę życzyłabym im, by częściej wychodzili poza siedzibę urzędu i żyli tak, jak żyją inni ludzie. Można przyjrzeć się miastu tak normalnie, użytkując je, a nie tylko z perspektywy sesji zdjęciowych czy tego, jakie są słupki poparcia czy ile jest lajków pod postami.

Ale mają oni wychodzić czy wyjeżdżać spod urzędów?

A niech jadą nawet autobusem! Gdy jestem wściekła na to, jak funkcjonuje komunikacja zbiorowa we Wrocławiu, to myślę sobie: mogliby wsiąść do MPK na przystanku Świdnicka i dojechać do Urzędu Wojewódzkiego. Dwa przystanki, to jest prawdziwa szkoła życia, ostatnio autobus 149 stał na światłach 8 minut, wiem, bo mierzyłam czas.

Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę!

Poznaj Wrocławską Mapę Barier Pieszych